Luty i marzec – krótkie podsumowanie

Mega masakra. Tego pierwszego słowa ostatnio nadużywam, a drugie przyczepiło się do mnie ponad rok temu. Połączone razem znakomicie oddają to, co wydarzyło się w ostatnich dwóch miesiącach.

W pierwszej kolejności książka. Tak, wiem. Przetaczam ten temat już po raz setny. Bynajmniej nie robię tego, żeby się chwalić czy dać upust rozrośniętemu do granic możliwości ego. Piszę o tym, bo spędziłem nad nią naprawdę mnóstwo czasu. Wbrew pozorom nie było łatwo jej napisać. Zwłaszcza, że miałem na to tylko dwa miesiące. Praktycznie cały styczeń przesiedziałem w bibliotece dziobiąc codziennie po dziesięć godzin nad plikiem w Wordzie. Z końcem końca miesiąca całość wysłałem do wydawnictwa, ale  nie był to koniec jej tworzenia. W lutym dostawałem fragmenty książki po edycji i korekcie. Oczywiście ponownie do przeczytania i naniesienia swoich obiekcji. W końcu, w zeszły piątek przesłano mi plik z całością, więc wydrukowałem wszystko, żeby ponownie przeczytać i po raz kolejny poszukać błędów. Wierzcie mi, czytanie tego co się napisało raz „nasty” jest psychicznie męczące. Dostaję tekst, żeby go sprawdzić, a i tak łapię się na tym, że przeskakuję opisy, które już znam na pamięć. Z drugiej strony, gdy trzymałem w dłoniach wydrukowane kartki z całością książki miałem poczucie, że trzymam coś swojego. Jakąś cząstkę siebie, którą już niedługo poślę dalej.

Oprócz czasu spędzonego w bibliotece, udało mi się w końcu spotkać za Steph, którą ostatni raz widziałem podczas podróży w Laosie. Tak, to ta od przygody z kieliszkami 🙂 Pochodzi z Wiednia, więc postanowiliśmy, że spotkamy się w Pradze, gdzie każde z nas miało „w miarę” blisko. Zgodziłem się bez wahania. Dopiero po dokładniejszym spojrzeniu na mapę uświadomiłem sobie, że stolica Czech nie do końca jest w połowie dystansu między nami. Tak czy inaczej spędziliśmy tam wspólnie trzy dni spacerując, zwiedzając i rozmawiając bez przerwy. Prawdą jest, że przyjaciele poznani w drodze pozostają nimi na zawsze. To, że udało nam się zatrzymać na trzy dni w pięciogwiazdkowym hotelu za darmo i jedząc kolacje za 200 euro, to osobna historia, którą wkrótce opiszę w osobnym wpisie.praga

praga11

Prague

Następnie, prosto z Czech pojechałem trzydniowy festiwal „Włóczykij” w Gryfinie. Tam zaliczyłem swoje pierwsze zetknięcie z towarzystwem stricte podróżniczym,ale to jak było, to też temat na osobny wpis.

Po festiwalu wróciłem do domu i niecałym tygodniu znowu ruszyłem w trasę. Tym razem do Wiednia. Nie miałem w planie zwiedzania tylko ponowne spotkanie ze Steph i jej znajomym – Till’em. Wspólnie wpadliśmy na pomysł zgłoszenia się do konkursu Red Bulla i musieliśmy się spotkać, żeby nakręcić film zgłoszeniowy. Dwanaście godzin zabawy przy tworzeniu filmu i następnego dnia powrót do Polski w towarzystwie Natalii, która podwiozła mnie z Wiednia aż do Wrocławia. Swoją drogą zarówno ona jak i Till oraz Steph są osobami, które mnie zainspirowały i zmotywowały do jeszcze cięższej pracy. Więcej oczywiście napiszę w osobnym wpisie. 🙂

222

Do domu wróciłem prosto Kolosy. Spędziłem trzy kolejne dni oglądając prezentacje za dnia i wieczorami integrując się ze środowiskiem autostopowiczów, które licznie stawiło się w Gdyni. Sam przenocowałem u siebie w sumie około dwudziestu osób. Sporo się wydarzyło, więc po raz kolejny napiszę w tym poście – „Temat na osobny wpis”.

DSC_1396

Po Kolosach skrobnąłem dwa wpisy na blogu. Po każdym spadło na mnie trochę błota. W pierwszym przypadku, dlatego że niektórzy pomyśleli, że skoro nic nie wygrałem na Kolosach, to wylewam żale. Nieprawda. Po prostu napisałem co mi się nie podobało w organizacji  i w samej imprezie. Tyle. Wiadomo fajnie byłoby coś wygrać, ale świat nie kończy się ani nie zaczyna w Gdyni.

Drugi wpis również wiązał się z wyrażeniem własnej opinii. Tym razem o patriotyzmie i o tym czemu należałoby przywrócić obowiązkową służbę wojskową. I tak samo jak w pierwszym przypadku zaraz posypały się opinie, że się nie znam. Jasne, nie znam się, ale ten blog jest miejscem gdzie mam prawo pisać to co myślę.  Czy się przejmuję krytyką? Owszem, bo do tej pory nigdy mnie nie spotkała, ale nie mam zamiaru przestać pisać tego co chcę tylko dlatego, że komuś się to nie podoba. Co śmieszniejsze, w czasie podróży, w postach, również wyrażałem swoje zdanie i opinie, często mało popularne i jeszcze wtedy nikomu to nie przeszkadzało. Mógłbym pisać, tylko to co ludzie chcą czytać, ale nie mam zamiaru. Już na dniach zobaczycie, że blog pojawi się w kompletnie nowe odsłonie graficznej i z nowymi zakładami. Będę tam pisać nie tylko o podróżach, ale również na tematy poboczne. Nie wiem czy się Wam spodoba taka forma bloga, ale wiem, że chcę się rozwijać, a to jeden z kierunków, które obrałem.

Jednak, żeby to wszystko na spokojnie przemyśleć, musiałem się wyrwać z szpon internetu, wiadomości i telefonu. Tak się szczęśliwie złożyło, że zrealizowałem swoje kolejne marzenie. Tym razem z Pauliną, która z okazji moich urodzin kupiła promocyjne bilety z Gdańska do Turku. Nie tylko spełniłem swoje marzenie zobaczenia Finlandii zimą, ale również wspólnie z Pauliną łapaliśmy stopa za kołem podbiegunowym, śmigaliśmy na nartach i spacerowaliśmy po leśnych trasach parku narodowego Pyha-Lousto.

1901900_632518270153911_31343512_n

1959626_633042886768116_1493069159_n

Na początku lutego zamieściłem sobie listę celów do zrealizowania na dwa miesiące. Nie wszystko udało mi się osiągnąć, ale ilość rzeczy, które zrobiłem w dwa miesiące i tak jest całkiem niezła.
Plany na luty i marzec:
– zobaczyć Pragę – ZROBIONE
– wysłać wszystkie odpowiedzi od dzieciaków z sierocińców – ZROBIONE w 60% (znaczki i koperty trochę kosztują)
– festiwale podróżnicze – Włóczykij, Kolosy – ZROBIONE
– pojechać stopem na narty w góry – ZROBIONE
– zobaczyć zorzę polarną – Zabrakło szczęścia 😉
– skończyć książkę – ZROBIONE
– ujawnić się z nowym odsłoną bloga – czas do końca marca
– opublikować film z podróży – czas do końca marca
– zrobić podróżniczego murala w Gdańsku – Próbowałem w dwóch miejscach, ale się nie udało. Co nie znaczy, że się poddałem!
– napisać magisterkę!

Zostało mi jeszcze trochę czasu do końca terminu, który sobie wyznaczyłem i mam zamiar go wykorzystać tylko w jednym celu – magisterka. Do końca marca nie planuję żadnych festiwali, wyjazdów i wypadów, więc bunkruję się na trzecim piętrze Biblioteki Uniwersytetu Gdańskiego i ponownie będę tam spędzał całe dnie. Jeśli ktoś jest z Gdańska, to serdecznie zapraszam, bo zawsze raźniej z kimś niż samemu 🙂

Categories: Autostopem przez życie | 4 komentarze

Miasto 44

Dzisiejszy wpis jest niejako przedsmakiem tego, co będzie się działo na nowej odsłonie bloga. Pomijając podróże (wciąż będą głównym tematem) od czasu do czasu, w osobnych działach, będę pisać teksty o rzeczach, które mnie motywują, inspirują czy skłaniają do przemyśleń. Dzisiaj tekst z serii tych ostatnich.

Wczoraj wieczorem kompletnym przypadkiem znalazłem w sieci zwiastun nowego polskiego filmu, który przedstawia Powstanie Warszawskie oraz losy młodych ludzi, którzy brali w nim udział.

Sam reżyser mówi o filmie: „„Miasto 44” nie będzie filmem historycznym ani dokumentem o przebiegu Powstania Warszawskiego. Mimo że rozgrywa się w walczącym mieście, opowiada historię ludzi, a nie oddziałów czy barykad. „Miasto 44” nie będzie argumentem w powstańczej dyskusji. Film ma przekazywać emocje, a nie ważyć racje, czy odsłaniać kulisy decyzji sprzed 70 lat. „Miasto 44” nie będzie pomnikiem. Nie chcemy składać hołdu. Opowiemy historie prawdziwych, młodych ludzi. Niektórzy z nich zachowali się pięknie, inni załamali się i stchórzyli. Jedni marzyli o poświęceniu, inni o kochaniu się z dziewczyną. Nie szukamy spiżowych bohaterów. „Miasto 44” nie będzie filmem o polityce. Będzie filmem o miłości, młodości i walce.”

Z zajawki filmu, poza widowiskowymi jak na polskie warunki efektami specjalnymi, zapadła mi w pamięć scena, na której jeden z bohaterów zaprasza na swoje dziewiętnaste urodziny. W otoczeniu scenerii zniszczonej Warszawy wygląda to nieco upiornie i przygnębiająco. Gdy skończyłem oglądać filmik, uderzyło mnie, że przecież w Powstaniu Warszawskim walczyli w większości ludzie w moim wieku lub młodsi. Po chwili zacząłem się zastanawiać na ile w dzisiejszych czasach ludzie młodzi kochają ojczyznę i w jakim stopniu są patriotami.

O dziewiętnastolatku przedstawionym na zwiastunie, myślę raczej w kategoriach patriotyzmu sprowadzającego się do realnej obrony kraju. Ekspansywna polityka Rosji, ostatnie wydarzenia na Krymie i często przetaczane słowa Lecha Kaczyńskiego „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”, sprawiły, że coraz częściej zaczęło się mówić o naszej obronności, NATO i szeroko pojętej armii.

Jasne, ktoś powie – „Przecież wojny nie będzie”. Może nie, może tak. We współczesnych czasach wysoko rozwiniętych gospodarek mało komu się ona opłaca. Z drugiej strony, żyjemy w świecie gdzie decyzja kilku osób może momentalnie wpędzić w wojnę pół świata. Co by się stało, gdyby była potrzeba powszechnej mobilizacji? Byłby dramat.

Odwiedzając szkoły dość łatwo i szybko można zauważyć coraz to powszechniejszą modę na tak zwane „bezradne męskie nóżki” lub „gram w grę”. Chłopcy są rozpuszczeni, rozpieszczeni, ulegający modzie z Zachodu i powoli mają więcej wspólnego z kobietami lub pączkami niż z mężczyznami. Na WFie coraz więcej zwolnień lekarskich z powodu rozmaitych chorób związanych z siedzącym trybem życia, kompletnego sieroctwa wynikającego z braku wystarczającej aktywności ruchowej lub zwykłego lenistwa. Jeśli chłopak ma osiemnaście lat i nie jest się w stanie podciągnąć na drążku lub zrobić poprawnie dziesięciu pompek, to chyba coś jest nie tak. Rośnie nam pokolenie słabeuszy i plastikowych dzieci.

Jakby tego było mało, jeszcze miesiąc temu wszyscy trąbili o gender, dżender, srender. Do czego doszło, żeby z czegoś takiego robić debatę publiczną i trąbić o tym we wszystkich mediach. Czy naprawdę nasze społeczeństwo doszło do etapu gdzie chłopcy w przedszkolu czy szkołach podstawowych powinni przebierać się za dziewczynki i malować sobie paznokcie? Każda logicznie myśląca osoba zdaje sobie sprawę, że takie działanie sprawi, że w przeciągu jednego pokolenia będziemy mieli masę gamoni na ulicach. Przecież tu już nie chodzi o dawanie ludziom możliwości decydowania o tym, kim wolą być. Tarzan dorastał z małpami, ale to nie było jego naturalne środowisko. Tak samo, jak dla w naturze człowieka nie leży przysłowiowe kończenie gatunku poprzez preferowanie tej samej płci lub dywagacje na temat tego kim wolę być albo gorzej – co jest modne. Nie jestem homofobem i w głębokim poważaniu mam to jakiej ktoś jest orientacji. To, co kogoś czyni szczęśliwym, to tylko i wyłącznie jego sprawa, ale nie popadajmy w przesadę. Równanie wszystkiego i wszystkich kiedyś nas zgubi.

grubas

Co zrobić, żeby „żyło się lepiej”? Po pierwsze, zamiast zalewać media debatą o bzdurach w postaci gender, skupmy się na promowaniu postaw patriotycznych oraz zdrowego trybu życia. Jednak nawet to nie zmieni faktu, że pewnie z biegiem lat młodzi wcale nie będą bardziej aktywni i będąc nastolatkami wciąż będą na etapie dużych dzieci. Właśnie dlatego drugą sprawą powinno być przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej. Wrócić do zasady „Nie uczysz się – idziesz do woja” a nie „Nie uczę się, to płacę za prywatną szkołę i mam spokój”. Wszystkim wyjdzie na zdrowie, a i poziom edukacji pójdzie w górę. Chociażby pół roku musztry rezerwistów w wojsku, powinno nauczyć część opornych czym jest szacunek do starszych, dyscyplina oraz jak przebiec kilometr bez zadyszki. Mało tego, to może w końcu niektórzy „faceci” nauczyliby się w końcu jak wymienić żarówkę, odetkać kolanko w zlewie czy wykonać podstawowe prace w aucie. Mówcie co chcecie, ale wojsko robi z chłopców mężczyzn w sposób, jaki nie zrobią tego kolejne filmy czy gry komputerowe. Jeśli nie, to jeszcze kilka lat tak postępującej degeneracji i będziemy w naprawdę wielkiej, ciemnej dziurze obronności kraju.

Ostatnio przeprowadzono kilka sondaży wg których w razie wojny Polacy nie są gotowi umierać za ojczyznę. Taka smutna prawda. Kiepska edukacja czy po prostu rozczarowanie otaczającą nas rzeczywistością? A jak jest z patriotyzmem objawiającym się w zwykłej codzienności?

Obecna sytuacja gospodarcza, ekonomiczna i polityczna w naszym kraju jest jaka jest. Skomplikowana zwłaszcza w przypadku ludzi młodych. Czy wyjazdy za granicę, te zarobkowe, są objawem patriotyzmu? Czy szara strefa, praca na czarno i zero zainteresowania polityką, to jego brak? Nie. Zadajmy sobie raczej pytanie czy wybierani w wolnych wyborach włodarze naszego kraju mają w sobie chociaż jego ułamek, skoro sprawiają, że młodzi uciekają i mają władzy dość. Uciekając, pracując na czarno czy załatwiając rzeczy „na boku” nie mają poczucia, że działają na szkodę państwa a jedynie wystawiają do wiatru krawaciarzy z Wiejskiej.

Czy to się zmieni? Nie, jeśli media wciąż będą prały mózgi większości Trynkiewiczem, Gender, mamą Madzi czy Macierewiczem. Nie, jeśli dalej będziemy siedzieć i patrzeć jak denat o nazwie ZUS dalej ciągnie grube miliardy, politycy podnosić podatki. Nie, jeśli pozwolimy komputerom, smartfonom i internetowi wychować pokolenie, które będzie zbyt leniwe i słabe, żeby wstać i wyjść na ulice jak już przeleje się miara goryczy. Patriotyzm jest kształtowany od najmłodszych lat, więc może zamiast malowania paznokci poczytajmy dzieciom wspomnienia z Powstania Warszawskiego. Kształtujmy od najmłodszego dumę narodową. Pokazujmy przykłady Polaków, którzy zabłysnęli na świecie tym co robili i przede wszystkim kim byli, a nie fundujemy im na odczepnego sieczkę, którą ociekają media. Będąc patriotami nie wstydźmy się tego okazywać. Nie pozwólmy, żeby patriotyzm oparty na zdrowej tolerancji i poszanowaniu był kojarzony tylko i wyłącznie ze skrajnymi nacjonalistami, bo tak nie jest.

Dobrze, że powstał taki film jak „Miasto 44”. Być może dla tej części młodych, która jest zblazowana do szpiku kości będzie on sygnałem, że jednak coś, gdzieś, poszło nie tak jak powinno. Jeśli nie dla nich, to oby dla ich rodziców i nauczycieli, którzy pełnią przecież najważniejszą rolę w procesie wychowania młodych Polaków.

ewolucja

Categories: Autostopem przez życie | 12 komentarzy

Kolosy 2013

„W końcu coś tu napisał” – to pewnie pomyśli zdecydowana większość z Was, gdy zobaczy ten wpis. Przepraszam, że nic nie wrzucam, ale po prostu czekam na nową odsłonę bloga, która powinna być już miesiąc temu tylko klasycznie jest poślizg. Co mnie skłoniło do napisania? Kolosy 2013.

Spotkania podróżników jak co roku odbyły się w Gdyni i w świadomości wszystkich króluje przekonanie, że to największa i najlepsza impreza tego typu w Polsce. Jednak prawda jest nieco inna. Owszem impreza największa, ale niestety do miana najlepszej, to jej strasznie daleko. Ale po kolei. Gorączka wysyłania zgłoszeń zaczyna się już w styczniu, ponieważ 15 stycznia upływa termin podany na stronie. To czy jest przestrzegany to już inna sprawa, bo jak to zwykle bywa, znajomi królika mogą je wysyłać dużo później. Kolejna sprawa, która irytuje chyba wszystkie osoby zgłaszające się do Kolosów, to sposób i termin ogłoszenia wyników. Domyślam się, że agencja Mart, która organizuje Kolosy (razem z miastem Gdynia) dostaje setki zgłoszeń, ale jeśli organizuje się wydarzenie tego formatu, to powinno się zachować chociaż odrobinę profesjonalizmu. Brak strony internetowej agencji to jedno a rozmowy z Panem Janowskim, kiedy będą ogłoszone wyniki, to drugie. Sam rozmawiałem z nim jednego dnia i poinformował mnie, że będą jutro. W rzeczywistości były 2 tygodnie później. O ile w moim przypadku straciłem jedynie promocyjne loty w terminie, kiedy były Kolosy, to już na przykład znajoma z Anglii, która również wysyłała zgłoszenia i też zgłosiła się z niesamowitą podróżą, musiała zrezygnować, bo dwa tygodnie przed nie było już lotów do kraju. Drugą sprawą, która de facto jest tajemnicą poliszynela i o której wie większość starych wyjadaczy festiwalowych, to sposób wypełniania wniosków na Kolosy. Znajduje się tam między innymi pytanie o zaplanowane festiwale w I kwartale bieżącego roku. Nawet jeśli masz coś swoim grafiku, to lepiej zostawić puste pole. Zwłaszcza jeśli planujesz występować np. na Włóczykiju, który moim zdaniem aspiruje do najlepszego festiwalu w tym roku. Organizatorzy Kolosów po prostu krzywo patrzą na osoby, które promują się również na innych imprezach.

Kolejną komedią, o której większość ludzi nie wie, to głosowanie na zdjęcia w konkursie Fotoblog. Oczywiście wiadomo, że jeśli z ktoś dostanie się do finałowej 24ki, z której połowa zdjęć ma zostać wybrana na podstawie głosowania internetowego, to poprosi swoich znajomych o glosowanie kilka razy dziennie.Ba! Brak zabezpieczeń na stornie pozwalał na głosowanie na swoje zdjęcie praktycznie do oporu z jednego komputera. Niestety, organizatorzy nie wzięli tego pod uwagę ani nie zrobili prostych zabezpieczeń pozwalających glosować wyłącznie raz z jednego adresu IP. A żeby było jeszcze śmieszniej to zacytuję słowa organizatorów na ich profilu na FB. „W internecie krążą nawoływania do głosowania na siebie, powstają nowe konta … Kochani, jeśli to ma być zabawa pod hasłem „kto więcej ludzi zachęci do głosowania na siebie” to podchodźmy do niej z dystansem. My i tak regulaminowo wybierzemy połowę zdjęć, starając się to zrobić zgodnie ze swoim sumieniem i posiadaną wiedzą. Nikogo nie będziemy preferować. Państwa także namawiamy do głosowania na zdjęcie a nie na osobę. Żadne zabezpieczenia nie są szczelne. Możemy tylko liczyć na Państwa dobrą wolę.” Nie oszukujmy się. Procent osób, które wejdą na stronę i zagłosują na zdjęcie, a nie na osobę jest znikomy. Jeśli w ogóle taki istnieje.

No i na koniec perełka. Kolejki. O ile w piątek nie było żadnych, bo jest to dzień, kiedy z rana większość stanowią szkoły,które na przerwie o 13.00 „kończą zajęcia”, to w weekend jest dramat.W sobotę o godzinie 14 kolejka sięgała praktycznie aż do sklepu Real, który znajduje się prawie pół kilometra od hali. Jest to o tyle przykre, że masa osób przyjechała do Gdyni z całej Polski i koniec końców cmoknęli przysłowiową klamkę. Oczywiście pojawiają się głosy, że należy przenieść imprezę na Ergo Arenę, gdzie zmieści się dwa razy więcej osób, ale tak się na 100% nie stanie. Przede wszystkim dlatego, że miasto Gdynia nie może sobie pozwolić na stratę tak kultowej imprezy. Co można zrobić? Biletować! I z całym szacunkiem, ale tłumaczenie, że jest to impreza niekomercyjna i dlatego nie można tego zrobić, wstawmy między bajki. Dzięki temu będzie możliwy odsiew osób, które pojawiły turystycznie, „bo za darmo”, a nie żeby w rzeczywistości posłuchać o podróżach. To za czym bym obstawał, to z pieniędzy uzyskanych z biletów stworzyć porządny grant lub kilka mniejszych. W tym momencie jedyna nagroda pieniężna to nagroda im. Andrzeja Zawady, która wynosi 15 tys. złotych. Już pomijam fakt, że nazywana jest nagrodą dla młodych podróżników (tj. wg. organizatorów do 35 lat.), ale prawda jest taka, że jeśli ktoś organizuje naprawdę wielkie ekspedycje to 15 tys. to śmieszna kwota. Przykład? Na rozdaniu nagród wywołano na scenę jednego z eksploratorów jaskiń podwodnych, który dostał od National Geographic grant wysokości 21 tys. euro! i to już jest sensowna kwota. Jeśli na Kolosach za karnet na cały dzień płaciłoby się 30zł i byłby komplet widzów, to można byłoby uzyskać środki na jednorazowy grant 300 tys. złotych (30zł x 5000 miejsc x 2 dni. piątku nie liczę z powodów wypisanych wyżej). A może w ogóle do samych statuetek i tabliczek pamiątkowych dołączyć nagrodę pieniężną? No ale to tylko moje obiekcje, które pewnie nigdy nie dotrą do organizatorów.

Co ja wyniosłem z Kolsów? Niespecjalnie wiele. Podróże na papierze wyglądają nieziemsko, ale mało kto potrafi o nich opowiadać tak, żeby publiczność nie zasypiała z nudy. Być może to to tylko moje odczucie, ale jeśli ktoś analizuje mi pokrywę śnieżną, to momentalnie zasypiam. Nagrodzeni zasłużenie, ale już na pierwszy rzut oka widać, że nagrodzeni albo mieli masę czasu, albo pieniędzy. Polecałbym jednak wrócić do wcześniejszej formuły kiedy to do Kolosów mogła być nominowana jedynie wyprawa, która rozpoczęła się i zakończyła w roku ubiegłym. Bardziej fair.

Boli, że nie zostali wyróżnieni tacy ludzie jak Damian Wagabunda, którego film był naprawdę świetnie zrobiony, a nie został nawet do Kolosów nominowany. Boli, że wyróżnienia nie dostali Los Wiaheros, którzy pokazują, że można pracować, podróżować, świetnie o tym pisać i dzielić się z innymi na bieżąco. Boli, że wyróżnienia nie dostała żadna kobieta, chociaż by po to, żeby walczyć ze stereotypami samotnie podróżującej płci pięknej. Boli, że sam niczego nie dostałem, ale czuję, że Kolosy zdecydowanie wygrałem. Czemu?

Tak naprawdę dopiero w tym roku poznałem Was. Czytelników tego bloga i autostopowiczów. To z Wami wolałem wyjść w czwartek, piątek czy sobotę wieczorem, podczas gdy inni prelegenci kisili się we własnym sosie na eleganckim bankiecie. Wygrałem, bo po prezentacji podchodzili do mnie uczniowie podstawówek, gimnazjów, liceów i mówili, że też chcą podróżować autostopem. Wygrałem, bo być może inni dojdą do wniosku, że można zwiedzać świat niekoniecznie będąc zawodowym podróżnikiem, a zwykłym autostopowiczem.

Przemek.

P.S Na dniach wrzucę filmik z podróży, nową odsłonę bloga i projekt podróżniczy na kwiecień 🙂

Categories: Autostopem przez życie | Tagi: , , , , , , , , , , | 17 komentarzy

Ostatni miesiąc

Dramat! Mówię Wam! Na blogu kompletnie nic nie pisałem od blisko miesiąca, bo po ludzku nie miałem czasu nawet na najkrótszego posta. Wprawdzie z uczelnią sobie poradziłem i mam piękną, hologramową naklejkę na legitymacji, więc studentem jestem co najmniej do 31 marca, ale i tak roboty miałem mnóstwo.

To co zajęło mi najwięcej czasu, to oczywiście prezentacje. Najpierw jedenaście w Gdańsku, a później dwie w Gdyni i jeszcze jedna w Malborku. Później wizyta w Warszawie, gdzie miałem spotkanie w sprawie książki i powrót do Gdańska. Ledwo co wypocząłem i odwiedziłem uczelnię, a już zacząłem rajd po Polsce. W ostatni poniedziałek Olsztyn, później Łódź, Toruń, Poznań i na koniec Kraków. Dziewięć prezentacji, czyli dużo opowiadania i jeszcze więcej integracji. Poznałem masę strasznie pozytywnych i podróżujących tak jak ja osób. Na spotkaniach po prezentacjach spotykaliśmy się, opowiadaliśmy sobie przygody z naszych podróży i spokojnie piwkowaliśmy.

Nie licząc lekkiego syndromu dnia poprzedniego gdy łapałem stopa, jechałem busem czy pociągami było super. Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że większość osób, które przychodziły na prezentacje, to osoby, które tego bloga czytały. Niejednokrotnie zdarzały się też pytania pod koniec nawet nie związane z podróżą, tylko właśnie z tym co opisywałem np. „Czemu nie opowiedziałeś historii z psami?” Fajnie było zobaczyć Was, czyli osoby, którym się w jakiś sposób zwierzałem i które ze mną podróżowały i mnie poznawały. Mam nadzieję, że to jaki jestem „na żywo”, Was nie zniechęciło do czytania moich wypocin:)

Do końca grudnia będę raczej mało aktywy na blogu, ale nie dlatego, że nie mam co pisać, bo artykułów na bloga mam gotowych już całą masę, ale dlatego, że sporo się zarówno tutaj jak i w moim życiu ostatnio zmienia. Na pierwszy ogień idzie ten blog, a właściwie ten dziennik z podróży. Przestał mi wystarczać, więc najpóźniej za miesiąc przejdzie generalny remont. Nowa szata, nowe pomysły i artykuły związane nie tylko z moimi podróżami, ale również z tematami około podróżniczymi.

Jeszcze raz serdeczne podziękowania dla:
Tomka, Olka, AKT, Kasi i Wasi za Olsztyn.
Dla Izy, Politechniki Łódzkiej, Pubu Keja, Marcina, Kasi i Niebostanu za Łodzi
Dla Maćka, Liceum Akademickiego, koła e-biznesu, Agi i Kingi za Toruń
Dla Agi, Kasi, Leszka, DKMS i wszystkich w Minodze za Poznań
Dla Justyny, całego IAESTE AGH, Wojtka, Roberta i Klubu Podróżnika przy CKS za Poznań

Dziękuję jeszcze raz wszystkim za tak liczną obecność za każdym razem!:)
Przemek Pasha Skokowski

Categories: Autostopem przez życie | 3 komentarze

No nie wierzę

Każdy, kto choćby jednym okiem śledził ostatnio wydarzenia na Facebook’owym fanpage mojego bloga, zdaje sobie sprawę, że w moim życiu wydarzyło się ostatnio sporo.

Wszystko zaczęło się w niedzielę, gdy to postanowiłem się zerwać wcześniej z uczelni i pojechałem na ostatnie kilkadziesiąt minut ogólnopolskiego zjazdu blogerów „Blog forum Gdańsk”, gdzie na gali wieńczącej spotkanie, miało być ogłoszenie wyników konkursu na najlepszy blog gdański. Szanse miałem małe, ale zależało mi naprawdę bardzo mocno. Niestety, w czasie gdy trwało pięciodniowe głosowanie, ja opalałem się na plaży Ngapali oraz kląłem na zerwane mosty w południowej Birmie i często nie było mowy o prądzie, a co dopiero o internecie. Na szczęście udało mi się raz wrzucić prośbę o głosowanie i jak teraz widać poskutkowało.

W  klubie B90 pojawiłem się 16.30 czyli mniej więcej na 30 minut przed końcem ostatniej debaty, podczas której uświadomiłem sobie, że moja znajomość tzw. „blogosfery” jest znikoma. Patrząc na ludzi dookoła, którzy w zdecydowanej większości piszą blogi o modzie, kuchni lub szeroko pojętym „Lajfstajlu” zdałem sobie sprawę, że mój blog nie jest zwykłym blogiem, a raczej po prostu dziennikiem z podróży. W końcu na scenie kilka osób skończyło debatować na temat tego czy warto korzystać z blogów do pomocy ludziom potrzebującym (wbrew pozorom opinie były skrajnie różne, w tym takie, że powinno się pomagać jedynie znajomym, a od innych się odcinać) i rozpoczęła się gala zamykająca całą imprezę. Na początku poinformowano, że w konkursie brało udział 77 blogów, które w sumie zebrały kilkanaście tysięcy głosów i dopiero wtedy zaczęto wyczytywać wyróżnionych. Na scenie pojawili się autorzy trzech wyróżnionych blogów. Dwóch z nich wcześniej nie znałem tj. „Wittamina W” oraz „Kochamy Żuławy” ale czytałem bloga „Ruszaj w drogę„, który prowadzą moi znajomi Maciek i Kasia Marczewscy.

Gdy przyszła kolej na wyczytanie głównych nagród, to siedziałem już jak na szpilkach, bo zdawałem sobie sprawę, że główną pretendentką do nagrody jest „From movie to the kitchen”, który wygrał w tym roku konkurs na najlepszy blog w Polsce oraz popularne „Porysunki”, które zgromadziły wokół siebie kilkudziesięciotysięczną społeczność. W końcu przeczytali – „Autostopem przez życie”. Normalnie aż podskoczyłem i mamrocząc pod nosem typowe dla mnie w momentach ekscytacji „Fuck yeah!„, poszedłem na scenę. Po jakże śmiesznym i kompletnie niespodziewanym żarcie prowadzącego „Czy Przemek dojechał do nas już autostopem?” wszedłem na scenę i tak się zestresowałem, że koniec świata. Występowałem już przed dużo większą publiką, ale byłem w takim szoku, że zapomniałem języka w gębie i plotłem trzy po trzy. Na szczęście coś tam z siebie wydusiłem i uścisnałem dłoń każdej osoby na scenie, a gdy przyszła kolej na wręczanie nagród, to dostałem wielką dyktę z rysunkiem autostopowicza i napisem „Autostopem przez życie”, statuetkę i coś czego się nie spodziewałem, czyli uścisk dłoni prezesa wydawnictwa „Muza” oraz ofertę napisania książki. Jeszcze jak schodziłem ze sceny, to trzęsły mi się ręce, ale usiadłem z boku, zacząłem się ogarniać i dzwonić do rodzinki.

blog nagroda blog nagroda 2 blog4 blog 3

Po całej gali była jeszcze chwila na wspólne zdjęcia, krótkie wywiady i chwilę rozmowy ze znajomymi, a następnie po prostu poszedłem na tramwaj i wróciłem do domu, gdzie dykta i statuetka trafiły do kąta, a ja się wziąłem za przygotowywanie prezentacji na Wielki Poniedziałek. Czemu wielki? Otóż poniedziałek miał być pierwszym dniem moich prezentacji z podróży. Miałem super wielką tremę, bo pierwsze tego typu spotkania z reguły są kiepskie i pełne przebłysków „O tego zabrakło!”. Na szczęści udało mi się jeszcze załatwić prezentację w XX Liceum Ogólnokształcącym w Gdańsku. Tam miałem okazję opowiedzieć o swojej podróży przed grupą około 120 osób, a po spotkaniu na kartce sobie wypisałem czego mi zabrakło i co muszę poprawić przed spotkaniem na Politechnice, które miało się odbyć jeszcze tego samego dnia o 19 wieczorem.

W Gmachu Głównym Politechniki Gdańskiej pojawiłem się 30 minut przed prezentacją, a już wtedy przed aulą gdzie miało się odbyć spotkanie, czekało juz kilkadziesiąt osób. Przywitałem się ze znajomymi, rozłożyłem sprzęt i gdy ekipa z magazynu „Pod Prąd” była gotowa, otworzyliśmy drzwi i zaczeliśmy wszystkich wpuszczać. O godzinie 19.01 naczelna magazynu, Kasia Michałowska, w dwóch słowach mnie zapowiedziała i skomplementowała fakt, ze dostałem nagrodę „Blog of Gdańsk”. Wtedy dotarły do mnie dwie rzeczy. Po pierwsze to, że mi nie ma czego gratulować, bo wygrałem tylko i wyłącznie dzięki osobom, które na mnie głosowały. Czytelnikom bloga, znajomym, którzy spamowali komputery w pracy, czy rodzince, która informowała wszystkich na około, a mi nic do tego i swój sukces zawdzięczam w znacznej mierze osobom, które w tym momencie siedzą przede mną. I wtedy dotarła do mnie druga rzecz. Wszystkie osoby, które już były na sali i które wciąż napływały przez tylnie drzwi, były tam z mojego powodu. To nie były Kolosy, gdzie przychodzą tysiące ludzi, chcących zobaczyć kilkanaście prezentacji z podróży, tylko kilkaset osób, które przyszły zobaczyć prezentację z mojej podróży, którą większość z nich i tak znała, bo czytała bloga. To był moment, w którym uświadomiłem sobie, że statystyki, które widzę u  na blogu, to nie są same słupki, tylko za każdą kolejną cyfrą kryje się kolejna osoba, z których część właśnie siedziała siedziała przede mną w ścisku, na ziemi.

I się przeraziłem. Przeraziłem się tego, że zawiodę. Czytając mojego bloga mogli sobie wyobrażać kogoś kompletnie innego i że po ludzku bałem się, że nie sprostam temu co sobie wyobrazili. I jakby tego było mało, to nosząc jedną koszulę przez cały dzień, ufajdałem ją przy obiedzie przez co miałem wrażenie, że każdy na sali patrzy się na tą tłustą plamę nad kieszonką.

blog6Ale gdy zacząłem, to jakoś poszło. Poszło tak, że skończyłem po 2 godzinach i 45 minutach opowiadania o podróży, a i tak mam wrażenie, że zapomniałem powiedzieć masy rzeczy. Opowiadając, co jakiś czas patrzyłem w stronę publiczności i aż się w myślach uśmiechałem, bo mimo, że większości nie znałem, to od czasu do czasu wypatrzyłem w tłumie znajomą twarz osoby, której mogłem nie widzieć od kilku lat, aż tu nagle przychodzi na moje trzygodzinne wypociny.

Po całej prezentacji, mimo późnej godziny, ustawiła się do mnie kolejka znajomych i nieznajomych osób, a nawet chłopak, którego  kiedyś sam podwoziłem na stopa, więc strasznie się ucieszyłem i naprawdę, z całego serca przepraszam, że nie było większej sali.

blog5

Po prezentacji porozwoziłem kilkoro znajomych do domu i wraz z siostrą oraz popularną wśród ekipy „autostopika” Marchewką, wróciłem do domu.

Tak na marginesie to dzień ten też był wyjątkowy również z innego powodu. Okazało się, że paczka, którą czytelnicy bloga wysłali do Azmata, dotarła do niego i wysłał organizatorce całej zbiórki wiadomość o treści „Pasha, priviet! My poluchili vash podarok. Spasibo bolshoe! Skoro ot nas toje budet podarki” (Pasza, cześć! Otrzymaliśmy Wasz prezent. Dziękujemy bardzo! Wkrótce od nas także będą prezenty)

Azmat

Co do dalszych planów, to czeka mnie masa prezentacji.
Czwartek:
9.05 – I Liceum Ogólnokształcące w Gdańsku
19.00 – Kawiarnia Południk 18 w Gdańsk
Piątek:
II Liceum Ogólnokształcące w Gdańsku
Poniedziałek
Mam wolne;)
Wtorek
8.00 – Gimnazjum nr 7 na Orunii
11.35 III LO w Gdynii
19.30 NZS PG – sala 462

Środa:
Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni

A jutro napiszę dokładnie w których miejscach i kiedy będę miał prezentacje w Malborku, Olsztynie, Łodzi, Toruniu, Poznaniu i Krakowie; )

Categories: Autostopem przez życie | 8 komentarzy

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.